wtorek, 8 kwietnia 2008

Dobra myśl...

… powinna być krótka, jak ludzkie życie w obliczu wieczności, i ostra, niczym skalpel. Trzeba ograniczyć „kluchowatość” umysłu (i pisma), bo rozmiękczenie prowadzi donikąd. Czy jest zatem jakikolwiek sens, by grzebać się w rozróżnianiu kategorii aktywności mentalnej między „białe : czarne” i „białe : nie-białe” (w okowach interpunkcji, jakoś trzeba wybrnąć)? Myśl i mowa (i pismo) to odrębne języki. Trzeba przełożyć nieznane na to, co znajome. Jednak co zrobić z tą częścią, która ginie w przekładzie – przecież każdy przekład jest stratny? Trzeba myśleć precyzyjnie – ale bez ograniczeń – i starać się, by słowo nie zadawało kłamu myślom.

Nie rzucać słów na wiatr, bo kto sieje wiatr, ten zbiera burze.

środa, 12 marca 2008

Na początku...

... jest biała kartka – ziemia niczyja. Z biegiem czasu maskuje ją warstwa słów, zapisanych znakami jakiegoś alfabetu. Dobrze, gdy jest to nasz alfabet, a nie wroga. Jeśli się zapomnieć w tym szaleństwie, zdania okopują się coraz gęściej, solidniej, głębiej. W wyniku tych działań sens wypowiedzi wycofuje się daleko od linii frontu – a przecież głównodowodzący nie może tracić kontaktu z polem bitwy. Trzeba działać spokojnie, taktycznie, metodycznie – ale również błyskotliwie. Wszelki pośpiech uznaje się za szkodliwy. Czasami wystarczy rozciągnąć gęste zasieki interpunkcji i składni, czasami wstrzelić się wykrzyknikiem. Ostra kanonada jest jednak wysoce niewskazana. Zapamiętać. Z ziemią niczyją się nie walczy – należy ją zdobyć, a następnie obronić. Pokonywanie jej jest równie rozsądne, co noszenie wody sitem.

Najgorzej jest zastrzelić własną kartkę. Wówczas czytanie nie ma sensu, a pisanie – było bezowocne.

sobota, 8 marca 2008

Homework

(1 sing.)  gasnę
(
2 sing.)  gaśniesz
(
3 sing.)  gaśnie – nie.
(
1 plur.)  gaśniemy – nie my! – my.

Taka prosta gramatyka. Taka złożona metafora. Takie trudne życie.

czwartek, 6 marca 2008

Z szuflady: i „mikro-”, i „struktura”…

Prolog: Motyw nie nowy. I nie mój – „pożyczony” (choć wolę słowo zainspirowany).

Narracja:
Człowiek otrzymał tylko jedno skrzydło – jako zadatek, jako upiorną nadzieję. Los można przechytrzyć. Można też się na niego wypiąć.

Monolog wewnętrzny: To był wypadek? Nie wiem… Nie pamiętam… Nie chcę wiedzieć…

Dialog: - Doktorze, będzie bolało?
- Nie bardziej niż teraz.
- A ile czasu zajmie zabliźnianie?
- To różnie bywa…
- A… czy mogę mieć prośbę? Taką małą, osobistą. Czy może mi pan zostawić jedno pióro?
- Oczywiście. Tylko jedno?
- Tak, tylko jedno. Żeby mi przypominało. Żebym nie zapomniał. Żebym pamiętał…
- Na pewno? A blizna?
- A któż będzie pamiętał o bliźnie? Na plecach? Poza tym umawialiśmy się na szew kosmetyczny, nieprawdaż?
- Racja. Ale i tak będzie widoczna w ultrafiolecie.
- Litości! Proszę tylko o jedno pióro.
- Dobrze.
Epilog: Czasami można dostrzec (szczególnie łatwo o to latem), jak w okolicy lewej łopatki marszczy mu się koszulka. Widziałem go znów wczoraj. Był, jak zwykle, w strasznym pośpiechu. Ale zawsze znajduje ten ułamek sekundy, by namierzyć wzrokiem potrzebujących i się uśmiechnąć.

Jeśli go spotkasz, przekaż mu moje pozdrowienia. Na pewno pamięta.

niedziela, 17 lutego 2008

Arcymistrz

Gdy siadali do stołu, wszechświat skurczył się do rozmiarów małej mydlanej bańki - jak te, które dzieci puszczają na wiatr z wielkim upodobaniem.

Stół czekał na nich, kusząc i uwodząc płaszczyzną blatu. Wszystko było już przygotowane do pojedynku. Cierpliwa i stale sprawiedliwa plansza dzieliła świat na 64 równe, kwadratowe pola. Zaczynają białe, ale to bez znaczenia. To tylko umowa. Jak wszystkie inne reguły. Jedynie sama walka jest autentyczna i toczy się naprawdę.

Grają. Każdy myśli: "Tak długo mam nad tobą przewagę, jak długo nie znasz mojego następnego kroku.". W duchu jednak wiedzą obaj, że każdy z nich przewagę może uzyskać tylko wtedy, gdy wykona ruch, na który przeciwnik nie będzie przygotowany.

Często, widząc jawną opozycję, nie zastanawiasz się już nad ukrytym podobieństwem.

niedziela, 3 lutego 2008

Semper pugnans

Gdybyśmy w chwili, w której wypełnia się nasz czas i więcej miejsca już dla nas tu brak, mogli wypowiedzieć tylko jedno słowo, zbyt wielu ludzi wykrzyczałoby: "Nienawidzę!". Są też tacy, którzy wówczas odetchnęliby z ulgą: "Nareszcie...". Romantycy ze smutkiem lub nie, ale na pewno z pełnym sercem wyznają po raz ostatni: "Kochałam/Kochałem.". I jeszcze całe mnóstwo innych słów podniosłoby się ku górze. "Marzyłem", "wierzyłem", "pragnąłem", "cierpiałem", "osiągnąłem"...

Romantycy pozostaną zawsze romantykami - tutaj sprawa jest jasna. O tych, wołających "Nareszcie..." pomyślimy: aha, ci to się już dawno poddali. O krzyczących zaciekle: "Nienawidzę!" pomyślimy: o! wojownicy. Jacy zawzięci, jacy zbuntowani. A to nieprawda. Prawdziwy wojownik powie: "Powrócę.". I nie będzie na końcu wykrzyknika.


Prawdziwa groza tkwi w wytrwałości, determinacji i mocy. Nigdy w sile głosu. Jak świat światem, ogień zawsze przegrywał z wodą.

niedziela, 6 stycznia 2008

Czasami...

... kiedy już zupełnie nic ci się nie chce, siadasz, bierzesz pióro i zaczynasz pisać. Czasami najłatwiej jest opisać to, co dzieje się dookoła. Podobno podnosi to rangę "dzieła" literackiego: kiedy nie można odróżnić fikcji od rzeczywistości, gdy nie można wyznaczyć granicy pomiędzy fantazją twórcy i "Fantazją" Stwórcy...

Wszyscy doskonale znacie te trzy najpopularniejsze bajki:
1) Kochanie, będę musiał zostać dłużej w pracy, bo mamy zebranie.
2) Kochanie, tak bardzo za tobą tęskniłam, gdy byłeś w delegacji.
3) Jutro będzie lepiej.

I naprawdę nie mam pojęcia dlaczego, ale to wygląda tak, jabyście się wszyscy zmówili, żeby z uporem maniaka, dobrowolnie i z chęcią pozwalać mamić się tej ostatniej z nich. Chociaż w sumie wszystko jasne! Przynajmniej jedno pozostaje nadal na swoim miejscu: najbardziej ufacie sobie samym.

To jest bajka na dobranoc, więc nie pozwól, by kończyła się źle. A ty, z nieobliczalnością godną jedynie ciebie samego, dajesz im taką bajkę, o jaką przecież proszą. Bajka jest dla dorosłych - wariacja na temat horroru. Lecz przecież, tak jak prosili, nie pozwolisz, by ten koszmar skończył się żle. Będziesz nad tym czuwał. Będziesz czuwał, by koszmar w ogóle się nie kończył.

piątek, 21 grudnia 2007

To, czego trzeba nam...

Może i jest o czym pisać, lecz natchnienia brak. Lekarstwo jest proste: odbezpieczyć kolejną butelkę i z sykiem uwolnić w świat jeszcze jedną miniemanację ducha. Tylko na co to się zda? Poza tym, on jest potrzebny tutaj - a nie byle gdzie. I jak tu okiełznać dyfuzję? Rozlezie się to tałatajstwo: wejdzie za szafę, pod łóżko, a nie daj Boże ucieknie przez okno i wszystko na nic... Trzeba będzie odbezpieczyć następną butelkę. A przecież bal nie będzie trwał w nieskończoność i po miękkiej, ciepłej nocy musi w końcu kiedyś nadejść ten zazwyczaj zimny, bolesny poranek.

A w poniedziałek, tak samo jak i w każdy inny dzień tygodnia, zaklniemy pod nosem, zbudziwszy się nad ranem. Zostawimy macicę posłania pachnącego jeszcze naszym snem, stopa nasza poczuje nieprzyjemny szok przy pierwszym kontakcie z lodowatą posadzką. Po małej szarpaninie wyplączemy się w końcu z koszuli nocnej, przez nagie ciało przepłynie fala dreszczu, po czym z mozołem wdziejemy spdnie, koszulę, skarpety. Nieprzyjemne wirowanie w głowie stłumimy porządnym śniadaniem i łykiem korzennego grzańca. Woda jest dobra dla zwierząt. I do mycia. Później z nieskrywanym entuzjazmem, czyli żółwim tempem, wciągniemy na siebie kolczugę, by następnie szczelnie opatulić się żelastwem zbroi. Na co komu tyle złomu? Do dziś nie wiadomo. Głupia moda!

I kiedy już w końcu będziemy gotowi, wyruszymy szturmować, podbijać i zdobywać - ostatecznie nie wiadomo, w jakim celu. Tak jakby kiedykolwiek miało to jakikolwiek sens. To bez znaczenia: w niedzielę przecież, jak co tydzień, kapelan udzieli nam rozgrzeszenia, a biała, bezradna hostia będzie smakować tak samo - niezmiennie od początku naszego życia. Tylko nasze modlitwy zmieniają się z biegiem lat. Czy aby na pewno?

Trzeba kiedyś wziąć się za siebie. Tylko nie jutro! Teraz! Jutro nie nadchodzi nigdy...

piątek, 14 grudnia 2007

niedziela, 25 listopada 2007

Strzępy...

Ciało i krew, krew i kość, pięść i łza: zawsze pozostaną tym, czym są - to my przemieniamy je w spiż, olej na płótnie, gips...

Gdzieś tam daleko, za horyzontem, jest czyste, błękitne niebo. Tutaj ciągle pada deszcz i co rusz ktoś się topi w pomarszczonej, zimnej i brudnej, stalowoszarej od koloru nieba kałuży.

poniedziałek, 12 listopada 2007

Zawsze powtarzałem...

... że dziwny z niego człowiek. Dla niego szczęście jest wolnością – trochę jak karty tarota: arcana maior i minor. Arkana małe – gdy choć przez chwilę jest wolny, czyli dominuje nad bólem i strachem - często pod wpływem radości, chwili. Arkana wielkie - gdy w końcu uda mu się ból i strach, niepewność i zwątpienie pokonać i tym samym wyzwolić się od nich. Kiedy już nie będzie musiał wierzyć, a w zamian będzie wiedział, że życie samo w sobie nie "może być", ale "jest" wielką pasją. To właśnie jest dla niego szczęście.
A idźcież wy wszyscy do diabła! A gdyby kto oczekiwał czegoś więcej - szczęśliwej podróży!

niedziela, 4 listopada 2007

Pejzaż

Jeszcze się usta rycerzy wykrzywiają jak do okrzyku bojowego, jeszcze się trawa srebrzy od kroków ich stóp. Jeszcze miecz śpiewa swą dźwięczną stalową pieśń – rozedrgany, rozkołysany jak dzwon. Jeszcze powietrze – ciężkie i gęste – pulsuje w takt kopyt konnicy. Jeszcze łuczników jedna dłoń napięta, w niej łuk, a w łuku tym cięciwa jeszcze drga. Jeszcze przygryza ktoś wargi do krwi i zamach chce brać toporem. Jeszcze się tyle wydarzy, choć stać się już nic nie musi – wszystko zastygło jak na obrazie Matejki. I bezruch ten nawet tak pełen jest życia, że strach wnikliwiej popatrzeć.

Każdy tak namacalnie prawdziwy, gdy niepodobny do siebie.

niedziela, 28 października 2007

Szanowni nieznajomi…

… których mijam codziennie lub spotykam raz tylko jeden w życiu! Jeśli myślicie, że jesteście niewidoczni, to się mylicie. Rozpoznaję was po waszym spojrzeniu, głosie, po ruchach dłoni nad białą jak śmierć kartką papieru – jakbyście jednocześnie: byli w pośpiechu i mieli czas na wszystko. Poznaję chód, mimikę i wasze uczesanie. I najgorzej jest być waszym sekundantem. Nie trzeba magicznych okularów, by czasami dostrzec lub poczuć, kto jest "na wylocie". Naprawdę.
Chore motyle odfruwają nocą, a księżyc swym milczącym blaskiem podpala ich skrzydła, by po raz ostatni mogły się przeistoczyć.

niedziela, 21 października 2007

Zadajemy...

... zdecydowanie za dużo pytań, za dużo też w nas bezsensownej paplaniny bez wytchnienia. A ja czasami nie potrafię sobie przypomnieć, jak ma na imię ta twarz, którą każdego dnia zmuszony jestem oglądać w lustrze. Jak się, do jasnej cholery, nazywam?! Jaki jest dzień tygodnia? Rok?

Oni - atakują tymi swoimi naiwnymi pytaniami o ontologię, eschatologię i nielogiczną do granic absurdu logiczność... Przeklęci filozofowie!

I kto, u licha, wymienia nam wodę w akwarium?

niedziela, 14 października 2007

Mogę być...

...całkiem spokojny. Przecież i tak nikt nie podniesie głosu. Leniwi, próżni – diabeł raczy wiedzieć, jacy jeszcze – bo przecież nie nieśmiali: przy tych wszystkich dobrodziejstwach, na które pozwala tutejsza swoboda.

Najwygodniej przyjąć postawę obserwatora. Zakryć własny tyłek jakimś zgrabnym kawałkiem tandetnego pancerzyka i posadzić go na wygodnym stołku. Patrzeć i czekać. I czekać, i patrzeć...

poniedziałek, 8 października 2007

Z listów do...

Drogi Witku!
Wybacz zwłokę, z jaką do Ciebie piszę, lecz powstrzymały mnie sprawy, których początek był poza i ponad mną. Wybacz także, że podważam to, co napisałeś, ale pewne pojęcia wymagają sprostowania. Zewnętrzna strona twarzy to maska. Od wewnątrz ludzie mają dupę, która trzęsie się ze strachu. I tak naprawdę największym problemem i zmartwieniem ludzi jest to, że czasami ową dupę tak ohydnie spod tej maski widać...
-+-+-+-+-+-

Drogi Marku!
Długo już nie pisałeś. Co tam u Ciebie? Jak Ci się wiedzie? Mam nadzieję, żeś wesół i zdrów. Wróciłem ostatnio do tego, co pisałeś i wciąż jedno nie daje mi spokoju: dlaczego tak przewrotnie i nieuchronnie fatalnie postrzegałeś ten świat? Wykolejeni mężczyźni, prymitywy, alkoholicy, łachudry, dranie. Kobiety - ladacznice, głupie, naiwne, szalone. Miłość - albo jest chora, albo tak naprawdę nie istnieje. Nadzieja - nie warto ją mieć. Groteska, jakiś obłąkańczy teatr wielu aktorów, choć pula ról ograniczona; koszmar, z którego tylko śmierć nas może wyzwolić – co nie jest wcale takie pewne. Cóż! Miałeś rację - o pewnych wartościach można pisać tylko językiem ich braku...
-+-+-+-+-+-

Drogi Zbyszku!
Z Tobą, to ja się jeszcze policzę...!

Spokój. Tutaj najlepiej rozmawia się tylko z trupami - masz pewność, że nie będą próbowały odpowiadać.

niedziela, 9 września 2007

Królestwa...

... powstają jak kałuże na deszczu, znikają, gdy tylko przestanie padać i zaświeci słońce. Są podobne do drzewa, z którego powoli odpadają prowincje jak zeschłe liście aż nic już z nich nie pozostaje.

Kiedy sięgam pamięcią wstecz, widzę wiele takich małych królestw. Każde rządzone przez króla, a każdy król miał swój zamek, lecz każde królestwo i każdy zamek rozpadały się prędzej czy później z powodu jakiejś wewnętrznej niespójności, która, niczym ziarno, tkwiła od zawsze głęboko - gdzieś u posad - i długo nie dawała o sobie znać. Długo. A później ujawniała się nagle. Nikt nigdy nie był na to przygotowany. I nikt nigdy nie będzie.

Wojen było niewiele, mało. W zasadzie trudno mi przywołać w pamięci jakąkolwiek. Rycerze w lśniących zbrojach rdzewieli, pękali, starzeli się - nie mieli jak obrastać w chwałę bojową, nie mogli też licytować się na obrażenia poniesione w walce - więc starzeli się, gnili, rozpadali w pył i po jakimś czasie nie można było rozróżnić, czy to jeszcze ich szczątki, czy już tylko kurz, który je pokrył.

A damy dworu? Zawsze wytworne i blade blakły w całym swym dostojeństwie na ściennych malowidłach.

Dziś rycerze są już passé, a zamków nikt nie szturmuje.

niedziela, 2 września 2007

Policzyłem...

... wszystkie ekwinokcja do końca świata. Rachunki przeprowadziłem nader skrupulatnie, aczkolwiek istnieje prawdopodobieństwo, że mogłem się pomylić o jedno lub dwa, ale w ogólnym rozrachunku to jest bez większego znaczeina. Po prostu nie było mnie przy Prapoczątku - stąd ta nieścisłość. I tak muszę być zadowolony z tego, co mam. Trudno będzie o dokładniejszy wynik, bo nikt z tych, którzy mogliby zaświadczyć, nie przetrwał do dziś, ale próżno się dziwić - przecież oczywistym jest, że potrzeba było takiej ofiary, by zgromadzić ilość Energii wystarczającą do zainicjowania Pierwszego Tchnienia. Próżno o tym pisać - ludzi to przerasta, że już o istotach niższego rzędu nie wspomnę, a Wielki Panteon ma to serdecznie w dupie.

A wy - czcigodni mędrcy Dalekiego Wschodu! Nie jestże wam głupio na starość? Już wy dobrze wiecie, za co!